Perfekcyjna pani domu w stylu country

Autor elfka 29-08-2010

A przynajmniej jej sukienka…

Kiedy obejrzałam te zdjęcia nie mogłam pozbyć się wrażenia, że już je gdzieś widziałam. Uczucie było tak silne, że skłoniło mnie to przeszukania starych wpisów na blogu. I znalazłam wpis Perfekcyjna pani domu. Bardzo podobny strój, bardzo podobne pozy na zdjęciach – pewne koncepcje trzymają się mnie twardo. Nie jest to dziwne – lekka bawełniana sukienka i kapelusz z szerokim rondem to świetny strój na lato. Zeszłoroczna niebieska kwiecista sukienka nadal jest noszona, ta fioletowa w kratkę dołączyła do codziennych letnich ubiorów.

Ale nie umknęło mi i nie omieszkam tutaj zauważyć, że dzisiaj prezentuję wersję ulepszoną mojego perfekcyjnego zestawu. Przede wszystkim udało mi się od tamtego wpisu zakupić białe pantofelki peep-toe. Czarne sandałki jednak trochę psuły efekt. Dzisiejszy biały pasek jest znacznie ładniejszy od tego sprzed roku – bardzo podoba mi się jego podwójnie obwiązywana forma, do tego dobrze trzyma i podkreśla talię. I na koniec – ozdoba kapelusza. Jest to oczywiście tkaninowy pasek, który był dołączony do sukienki. Zupełnie nie nadawał się do noszenia w talii, ale nie mogłam zmarnować okazji pochwalenia się komplecikiem, więc wpasowałam go do kapelusza.

Elementy stroju:

Gdzie: do pracy

Mała Mi

Autor elfka 22-08-2010

Mam wiele sposobów na poprawianie sobie nastroju, chyba raczej standardowych. Jem bób, oglądam ulubione odcinki The Big Bang Theory, czytam po raz kolejny Harry’ego Pottera, chodzę na zakupy. I oczywiście stroję się, choć to nie działa na wielkie chandry, ponieważ wymaga jednak wykrzesania z siebie odrobiny energii. Zdążyłam się już nauczyć, jakie rzeczy muszę wybierać, aby się rozweselić. Duży dekolt to podstawa, nieźle robi mi na samopoczucie. Zamaszysta spódnica zawsze się sprawdza. Koniecznie też coś czerwonego, chociaż dodatki. I niedawny wynalazek – wysoko spięte włosy.

Fryzura, którą mam na zdjęciu jest wzorowana na Małej Mi, choć niełatwo się domyślić. Mam ciężkie włosy i trudno ułożyć je powyżej karku. Radosne czerwone kolczyki o wszystko się tego dnia zaczepiały. Halka usilnie nie chciała wystawać spod spódnicy na określoną szerokość, ciągle się robiła z przodu dłuższa, z tyłu krótsza. Pasek odstawał na plecach. Na czarnej koszulce już rano zrobiłam plamę. Buty mnie obtarły. Wróciłam do domu jeszcze bardziej wściekła niż wyszłam. Czasem już tylko uśmiech Sheldona Coopera może pomóc.

Elementy stroju:

Gdzie: do pracy

Arcydzieło

Autor elfka 15-08-2010

Niemal rok temu pisałam o tym, jak lubię ażurowe stroje, chwaliłam się zdobytą przez babcię sukienką i dzieliłam zachwytem nad wspaniałościami udzierganymi przez Małą Gosię. Nie sądziłam wówczas, że dzięki kontaktom nawiązanym poprzez bloga stanę się szczęśliwą posiadaczką sukienki autorstwa tej samej artystki. Przedstawiam Wam oto absolutne cudo rękodzieła, zrobioną ręcznie na szydełku przez Małą Gosię biało-czarną sukienkę z rozkloszowanym mocno dołem i dopasowaną lamowaną górą oraz klipsy stworzone w tej samej technice.

Powiedzieć o tej sukience i procesie jej tworzenia mogę wiele. Współpraca z autorką była bardzo przyjemna. Najtrudniejsze było wybranie wzoru spośród dziesiątek dostępnych, proponowanych przez Gosię wzorów. Mnóstwo z nich mi się podobało, ale ostatecznie zdecydowałam się na ten, wprowadziłyśmy tylko pewne modyfikacje. Potem niecierpliwe czekanie (to ja) i dużo pracy (to autorka). Konieczna była też przymiarka. W końcu otrzymałam gotową sukienkę i po kilku eksperymentach z paskami okazała się pięknym, wygodnym i niezwykłym strojem. Nosi się bardzo dobrze. Jest bardzo ciężka, zrobiona z kordonka bawełnianego. Jest miła w dotyku, wymaga ostrożności, aby o nic nie zaczepić ściegami. Potzrebuje halki na całej długości – dzisiaj pokazuję ja na białej koszulce i czarnej półhalce, ale już sprawdzałam, że dół wygląda też bardzo ciekawie na białym tle. Muszę przyznać, że nigdy nie miałam tak cennej i misternej rzeczy. Gosiu, dziękuję Ci bardzo, jesteś prawdziwą Artystką.

Elementy stroju:

Gdzie: na spotkanie z przyjaciółmi

Długość ma znaczenie

Autor elfka 08-08-2010

Długość spódnicy lub sukienki to niebagatelna sprawa. Stosunek do niej, jej wydżwięk społeczny, ograniczenia i opinie na jej temat zmieniały się wraz z mijającymi wiekami historii, ale również zmieniają się w trakcie mijających lat życia kobiety. Dawnymi czasy pokazywanie nóg nie przystawało kobiecie, jedynie dziewczęta nosiły spódnice o długości powyżej kostki. W XX wieku granica przyzwoitości zaczęła się podnosić, aż w latach 60-tych pojawiły się spódniczki mini i już bardziej skrócić się nie dało. Pokazywanie łydek i znacznej części ud dawno przestało szokować i niewyobrażalne jest to, że kiedyś mogło być zabronione. Aktualnie znacznie bardziej nietypowa wydaje się suknia do kostek niż taka do połowy uda. Mnie zawsze zdumiewa to, że nogi były tak długo uznawane za znacznie bardziej intymne, wstydliwe czy nieprzyzwoite niż ramiona i dekolt, które to części ciała ujrzały światło dzienne znacznie wcześniej. Równie ciekawe jest to jakie długości nosimy i jak je postrzegamy na różnych etapach życia. Mała dziewczynka ubierana jest w krótkie sukienki i nikogo nie gorszy, że często w ferworze zabawy widać jej majtki lub, o zgrozo, krok rajstopek. Rośniemy, ale krótkie spódniczki nosimy jeszcze wiele lat, coraz bardziej dbając o to, żeby jednak nic nie było spod nich widać. W okresie nastoletnim zaczyna się kształtować gust i różne dziewczęta noszą różne długości – niektóre buntują się i noszą suknie do ziemi, a inne buntują się i noszą jeszcze krótsze mini. Potem są studia lub praca oraz rozbudowywanie swojej kobiecości – wydaje mi się, że wtedy najczęściej noszona jest długość w okolicy kolana. I tak już najczęściej pozostaje. Długość midi jest najczęściej noszoną przez dorosłe kobiety. Na starość kiecki znów trochę się wydłużają, ale nie do ziemi. I zawsze się wydaje, że te długości, których akurat nie nosimy, są dla nas absolutnie nieodpowiednie.

Ja również przeszłam przez te etapy, z tym że szczególnie krótkich mini nigdy nie nosiłam. Nosiłam natomiast długie suknie najróżniejszego sortu. Wąskie i szerokie, zamaszyste i lejące, czarne i zielone… Lubiłam się tak bardziej elfio nosić w liceum i na początku studiów, potem mój gust zmigrował do innych konwencji. Ale ostatnio czuję niejaką tęsknotę do tamtych strojów. Znów mam ochotę na długość maxi. To takie przyjemne, czuć tkaninę wokół swoich łydek i kostek, oblec się w piękne wzory i kolory od stóp do głów, nie martwić się o oczko w pończosze, ani czy halka nie wystaje. Być może więc pojawi się w mojej szafie więcej długich spódnic i sukni, a dzisiaj prezentuję pierwszą – pięknie kwiecistą z cieniutkiej bawełny.

\

Elementy stroju:

Gdzie: do pracy

Rękodzieło

Autor elfka 01-08-2010

Bardzo podoba mi się idea rękodzieła w ubiorze. To naprawdę fajne, że pod akronimem DIY, moda na własnoręczne wykonywanie biżuterii, dodatków, a nawet ubrań rozprzestrzenia się. Coś, co wyszło spod naszych rąk, dodaje uroku i niezwykłości. I pozwala spełniać się tej części duszy, która pragnie tworzyć, uwalnia kreatywność i odkrywa talenty. Niestety ja sama niewiele, że tak to ujmę, rękodzielę. Wszelkie moje próby robienia na drutach i szydełku zakończyły się kompletną klapą. Kilka sztuk samodzielnie wykonanej biżuterii rozkleiło się czy popękało, a do tego nie umiałam nic ciekawego tak naprawdę w tej dziedzinie wymyślić. Kiedyś sporo szyłam, ale nawet maszyna mi się ostatnio zepsuła. I myślę, że to jest kierunek, w którym powinnam podążać; naprawić maszynę lub kupić nową i zacząć znowu szyć.

A w międzyczasie zrobiłam sobie ten oto mini-toczek. Zobaczyłam toczek Marchewkowej, a potem instrukcję jego wykonania. Pozazdrościłam i zapragnęłam. Pożaliłam się też oczywiście, że maszyna nie działa, że skąd wziąć ten filc, że na pewno nie dam rady. Otrzymałam dodatkowe wskazówki i zachętę i udało się. Zrobiłam sobie filcowy kapelusik. Wprowadziłam modyfikacje: kolor oczywiście, szyłam ręcznie, kontrastowym grubym szwem z muliny, dekorację zrobiłam również z filcu, sporo go zresztą zostało z zakupionych za grosze w Empiku dwóch arkuszy. Sprawiło mi to dużo przyjemności, a niewiele trudności. Od razu miałam ochotę robić kolejny, ale postanowiłam poczekać i sprawdzić, jak mi się takie coś nosi. Chętnie bym też zrobiła coś innego z takich filcowych arkuszy, fajny surowiec. Przede wszystkim może jakiś trochę większy kapelusik. Wszelkie sugestie i inspiracje mile widziane.

Elementy wpisu:

Gdzie: na kolację

Krwiopijcy na sezon ogórkowy

Autor elfka 25-07-2010

Nie, nie mam na myśli komarów.

Wampiry muszą istnieć. Ich kwitnąca kariera w popkulturze nie może być przypadkiem. Podejrzewam również, że ostatnimi laty wzmożyły aktywność, nawiedzając nocami zwłaszcza twórców książek i filmów. I oto są: żywiące się krwią istoty pojawiają się w kinach i księgarniach co chwilę. Specjalnie piszę żywiące się krwią istoty, bo jest to chyba ich jedyna wspólna cecha. Wygląda na to, że wszystko inne jest względne: wampiry bywają zarówno dobre jak i złe, mogą wychodzić za dnia lub nie, zamieniają ludzi w im podobnych albo nie przyszłoby im to nawet do głowy; niekiedy można je zabić srebrem, kołkiem osikowym, a bywa, że są równie śmiertelni co rodzaj ludzki.

Ja znawczynią wampirów nie jestem, choć zdarzało mi się wcielać w wampirzycę. Czytałam znane dzieło Anny Rice Wywiad z wampirem i widziałam jego świetną ekranizację. Obejrzałam dwa sezony ciekawego serialu Czysta krew. Jestem również świadoma istnienia sagi Zmierzch i nawet mniej więcej wiem o co w niej chodzi. Polubiłam też wampira Regisa z wiedźmińskiej sagi Sapkowskiego. To wszystko to zaledwie mały wycinek moich kontaktów z wampirami, a przecież to co znam ja, to też tylko część tego, co istnieje. Niedawno poszerzyłam horyzonty powieścią Mroczny kochanek autorstwa J. W. Ward. Nie jest to literatura wysokich lotów, nieco zbyt erotyczna jak dla mnie i pompatyczna, ale jak na gorące letnie wieczory – może być.

Elementy stroju:

Gdzie: do pracy

Mundurek – reaktywacja

Autor elfka 18-07-2010

Mój biały kostium prezentowany już w kilku wpisach w całości (Magisterski mundurekŚlubny mundurekMundurek wielofunkcyjny) i w częściach (Górą Biało-CzerwonaNa życzenie czytelniczekCzysta formaStroje, których nie noszę, książki, których nie czytamKażdy gatunek ma swoją klasykęTrudne problemy) ostatnio traktuję po macoszemu. Mam chwilową lekką awersję do żakietów, więc wisi on sobie w szafie i czeka. Doczekał się dzisiaj chwilowego powrotu na scenę w nietypowym doprawdy towarzystwie, występując jako tło właściwie dla pary ciekawych dodatków.

Błękitne rękawiczki z uroczym haftem otrzymałam już dawno w prezencie od niezastąpionego Studio2Deko. Niestety zupełnie nie umiałam ich wpasować w swoją garderobę, nie pasowały do żadnych butów, nie miałam też pomysłu, które stroje mogłyby ozdabiać. Zimowały więc smutnie wśród innych rękawiczek, często wzywanych na służbę. Nadzieja dla nich pojawiła się, gdy otrzymałam kolejny prezent – piękną broszkę złożoną z licznych kwiatów w odcieniach błękitu i bieli, doskonale pasującą do rękawiczek. I właśnie białe elementy broszki podsunęły mi pomysł, by umieścić te cuda na białym tle. I oto są, jak maleńkie fragmenty nieba wyglądające znad jasnych, wysokich chmur.

Elementy stroju:

Gdzie: na spacer

Maliny na kuchennym obrusie

Autor elfka 11-07-2010

Lato ma wiele barw. Intensywny błękit nareszcie czystego nieba i spokojnej tafli wody na jeziorze, zapraszającej do kąpieli. Żywa zieleń traw, drzew, fasolki szparagowej i bobu. Żółć nieco zbyt gorącego słońca, słoneczników, zbóż i gotowanych kolb kukurydzy. Czerwień, ach, czerwień zachodów słońca, maków, pachnących pomidorów i wszystkich letnich owoców: truskawek, malin, porzeczek, czereśni, arbuza. Jak widać z latem kojarzą mi się kolory soczyste i żywe, a większość skojarzeń ma źródła kulinarne. Lato jest bowiem rajem dla mojego podniebienia. Żywię się na przemian gotowanymi warzywami i koktajlami z owoców, ciesząc się każdym smakiem z osobna i pamiętając, że to, niestety, chwilowe.

Na szczęście barwy pozostają. Czerwieni w mojej szafie nie brakuje, jest to mój ukochany kolor i pocieszam się nim w najchłodniejsze dni. Błękity również noszę. Natomiast co do zieleni – ostatnio coraz częściej myślę, że to kolor zaniedbany w mojej szafie. W mojej wyobraźni kształtuje się obraz trawiasto zielonej sukienki, czas rozpocząć poszukiwania. Żółć chwilowo nie zaprząta mych myśli. A dzisiejszy strój przypomina mi maliny w miseczkach na kuchennym obrusie podanych na letni podwieczorek.

Elementy stroju:

Gdzie: do kina

Jak zostać pin-up girl?

Autor elfka 04-07-2010

Najpierw, jeżeli jesteś bardzo szczupła, trzeba trochę się podtuczyć, żeby zaokrągliły się biodra i biust. Ten krok mogłam spokojnie ominąć. Następnie upiąć włosy w wysokie loki, podkręcić grzywkę, ułożyć fale. Ten krok nie szczególnie mi wyszedł. Potem umalować usta na czerwono i uróżować  policzki. O, w tym mam doświadczenie. I najważniejsze – odpowiednia sukienka. Mocno wydekoltowana, w talii dopasowana, z dołem wąskim opinającym biodra lub rozkloszowanym uniesionym na petticoat. Dokładniejsze instrukcje możecie przeczytać w artykule Pin-up girls autorstwa znawczyni tego stylu VintageGirl.

Ostatni krok wyszedł mi najlepiej. Zakupiłam absolutnie piękną sukienkę, za niewielkie pieniądze, w świetnym stanie i do tego idealnie pasującą na mnie. Spójrzcie na ten kształt – jak wspaniale układa się dół, góra podtrzymana przez fiszbiny, dobrze dopasowana dzięki elastycznemu tyłowi. Spójrzcie na kolorystykę – mój ostatnio ulubiony granat z białym kołnierzykiem i koronkową falbanką. Spójrzcie na dekolt w końcu – rzadko kiedy coś tak dobrze układa się na moim biuście. Wiązanie na szyi jest bardzo ładne, choć odrobinę kłopotliwe – na szczęście fiszbiny pomagają stanikowi bez ramiączek. Mam nadzieję, że nie zanudziłam Was peanem na cześć tej sukienki – jestem nią naprawdę zachwycona.

Elementy stroju:

Gdzie: na przyjęcie

Elfka w górach Tyrolu

Autor elfka 27-06-2010

Dawno, dawno temu, gdy nie byłam jeszcze szafiarką, śledziłam z przyjemnością wczesne posty w Szafie Sztywniary. Kiedy któregoś razu autorka wystąpiła w sukni typu dirndl, uśmiechnęłam się do tego ludowego stroju, ale możliwość noszenia go na co dzień oceniłam sceptycznie. Jakiś czas później, kiedy wsiąkłam już w internetowy świat odzieżowy, odkryłam lumpeksy on-line, w tym Vintage Shop, który oferuje mnóstwo sukienek, określanych jako tyrolskie. Pozostają w klimacie, ale bez bufiastych rękawów są znacznie bardziej przyjazne dla mnie. Jednak ceny wydały mi się nieadekwatne. Na szczęście Internet jest duży i znalazłam swój egzemplarz w Vintage Gallery.

Sukienka jest naprawdę wyjątkowa. Przede wszystkim czerwona! Kwiaty rosnące na spódnicy są wyhaftowane a nie nadrukowane. Przód ma haczyki do wiązania gorsetowego, ale bez taśmy też wygląda dobrze – wtedy pełnią one rolę srebrnych ozdób. Dekolt jest duży, ale umożliwia noszenie sukienki bez bluzki pod spodem. Sam zalety! Sukienka okazała się wprawdzie za duża, ale uruchomiłam (chyba już po raz ostatni – niech spoczywa w pokoju) mojego starego Łucznika i elegancko zwęziłam. Jak oceniacie efekt?

Elementy stroju:

Gdzie: do kina